compulsive blog

Twój nowy blog

Ujmij ogrom świata i natury. Dostrzeż jedność i spójność wielości jego najdrobniejszych elementów. Pogódź się z tym, że jedyne, co możesz zrobić, to afirmować istnienie jakim jest. Po pierwszej fali ekscytacji i uciechy z odkrycia pojawi się smutek i powaga, bo zdasz sobie sprawę, że masz tylko chwilę na oglądanie tego. Tego, co się nigdy nie kończy, ani nigdy się nie zaczęło. Ten czas, który ci pozostał jest tylko twój, to twoje okno — jedyna luka, przez którą przedostać się możesz do istnienia. Być częścią. Wyobraź sobie siebie na stepie, gdzie powleczona jesteś mieszaniną drobnego powiewu, ostatnich ciepłych uciekających za szybko promieni słońca. Ziemia jest tu twardawa, po zapachu wiesz o nadciągającym deszczu. Jedyny drogowskaz zaraz ustąpi miejsca innym, kosmicznym punktom odniesienia, bo w tym miejscu to ty jesteś jedynym urozmaiceniem tego, co możesz omieść wzrokiem. I zawsze tak już pozostanie, ty będziesz jedyną fałdą samoświadomą swojego ubytku jakim jest za mało miejsca na tak wypełniające cię istnienie.

 

 

(…)

 

 

 

 

 

 

(…)

 

 

 

 

Perkusiści to pierwsi, których można wyjebać, bo już z łatwością zastępuje ich maszyna. Jak robotnika w manufakturze. A on spędził wiele lat w szkole muzycznej, potem na akademii muzycznej, zdając masę ciężkich egzaminów. Po to, żeby potem podczas koncertu, który trwa 3 godziny 2 razy uderzyć w gong. Resztę występu siedzi na stołku. Wstaje na 10 minut przed swoją kwestią, sprawdza pałkę, przybiera pozę, jest w gotowości. I ‚gong’. Siada na następne 1,5 godziny. Równie dobrze mógłby pójść na szluga. Albo do baru. Średnia wieku w orkiestrze to zwykle 30 lat, poza perkusistami. Ci mają zawsze pod 60-tkę. Nie ma też ich zbyt wielu, więc nie ma na kogo tego dziada zamienić. Trzeba ich brać na wszystkie wyjazdy. Zawsze się tam strasznie najebują. Kręcą się z tymi swoimi czerwonymi kinolami i wystającymi brzuchami. Nikt nie chce z nimi siedzieć, ale nikt inny nie chce walic w ten głupi gong. W dodatku jak się trochę podpije, to zaczyna się przystawiać do skrzypaczek i klarnecistek. Na każdym przyjęciu po występie nie da się nawet podejść do baru, żeby cię nie zaczepił, chyba że akurat opierdala śledzie przy stole z przystawkami.

„Nie wiem, co to za gość, ale jakby tu teraz przyszedł, to bym mu dał w mordę!”

Why does a pissed guest at a bar yell to the bartender: ‚Hey barkeep, this martini is perfect!’.

¬¬

3 komentarzy

posmutniałem

ramy

Brak komentarzy

A teraz wrzucamy wszystko w ramy
i wyodrębniamy.
Ale jako całość. Początek i koniec. A obok tego –
coś innego.
Ta różnica to nie granica. To przejście — pasaż — porozumienie.

Z uczuciami?

Dewey, ja(k) mniemam, przekonuje, że nieistotne jest, by zobaczyć wszystkie dostępne dzieła, Mona Lisę, Słoneczniki, Jelenia na rykowisku. Liczy się, by mieć do dzieł sztuki dostęp w codzienności. Jakichkolwiek. Byle nie „tanich i wulgarnych” (jeśli chodzi mu w tych słowach o jakieś dzieła, a nie o dziwki), bo na te się ma ochotę tylko przy „niedostatku”. Na głodzie.

W codzienności, czyli niewyodrębnione, wyizolowane. Przy zwykłych przejawach życia (wszystkich). Spalmy więc muzea (bez zawartości) i przywróćmy dziełom ich właściwą życiu przestrzeń — przed oczami, nie za kratami.

Jest jak sugerowana cena detaliczna. Jak się nie zastosujesz, to albo wjebie ci konsument, albo producent. Za działanie na niekorzyść zainteresowanego. Czyli każdego.

Jaspers:
Odpowiedzialność metafizyczna — każdy człowiek jest odpowiedzialny za drugiego człowieka, wynika to z faktu bycia człowiekiem.

Ja:
Odpowiedzialność intelektualna — każdy przygłup jest odpowiedzialny za błazenady (shenanigans) innego przygłupa, wynika to z faktu bycia przygłupem.

(to ostatnie to do Ciebie)


  • RSS